Tagi: recenzja, komiks, polacy, polska
10.08.2009 | Tomasz Pstrągowski
Drugi album „Opowieści rybaka” był jednym z najbardziej oczekiwanych polskich komiksów ostatniego czasu. Po sukcesie pierwszego tomu, który zdobył sobie uznanie nie tylko polskich ale i zagranicznych krytyków, wszyscy zadawali sobie pytanie, czy Ireneuszowi Koniorowi uda się utrzymać wysoki poziom. Niestety odpowiedź musi być przecząca.
Trudno napisać o czym opowiada ten album, gdyż jest to komiks, w którym logiczna fabuła przyczynowo-skutkowa zepchnięta została na bardzo daleki plan. Ważniejsze od niej są sceny, przepełnione sympatycznym absurdem. Lekko jedynie ze sobą powiązane momenty, w których autorzy (Koniorowi tym razem pomaga Jacek Brzeziński) popuszczają wodze fantazji i wprowadzają historię w rejony zupełnie nierealistyczne, przepełnione specyficzną fantastyką i własną pokręconą logiką. Jest to więc opowieść o dwóch rybakach i słoniu, którzy na malutkiej łódeczce ścigają wielką, pożerającą kontynenty rybę. W jej wnętrzu spokojnie żyją ludzie (między innymi Hemingway, na którego czekaliśmy w pierwszym tomie). Podróż śladami morskiego olbrzyma prowadzi bohaterów do Afryki, gdzie trafiają na handlujących odstraszającymi wielkie żmije pomponami tubylców i plemię Eskimosów nie do końca uświadomionych, że nie żyją na lodowcu. To oni właśnie trzymają tytułowego demona w lodówce.
Brzmi atrakcyjnie i intrygująco, jednak podczas lektury bardzo łatwo zapomnieć o tym, że miało być atrakcyjnie i intrygująco, a nie na siłę dziwacznie i nieco nudno. W efekcie przygody naszych bohaterów dosyć szybko zmieniają się w zupełnie pozbawioną sensu wycieczkę po całkowicie nierealnych lokacjach. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że większości z tych lokacji po prostu brakuje siły by udźwignąć opowieść i nie pozwolić jej ześlizgnąć się do poziomu nudy. Zarówno epizod ze żmijami jak i eskimoski są wyraźnie przeciągnięte. Jakby autorom brakowało pomysłów na inne lokacje, postanowili więc nadużyć tych, które już wymyślili. Zachwycony z początku czytelnik szybko orientuje się, że przecież to wciąż ten sam dowcip i przestaje się śmiać. Przerzuca tylko nerwowo kartki w oczekiwaniu na jakąś odmianę. A to bardzo niepożądana reakcja w przypadku tak oryginalnej i dziwacznej opowieści.
Polecam wiadomość:
Rekomendowana:
Opinie: 0